Marcelinka tak bardzo spieszyła się na świat, że urodziła się na miesiąc przed terminem. Poród na podłodze w kuchni odbierał jej tata, fachowo instruowany przez dyspozytorkę tarnowskiego pogotowia.
- Gdyby nie ta kobieta po drugiej stronie słuchawki, nie wiadomo czy Marcelinka byłaby dziś razem z nami - wzdycha Agata Sroka-Duliniec, mama dziewczynki. Akcja porodowa dopadła ją znienacka, z daleka od szpitala, w domowym zaciszu. Pod ręką był tylko telefon. - Moja córeczka tak bardzo spieszyła się na świat, że wezwanie karetki sprawy wcale nie rozwiązywało. Na szczęście alarmowe połączenie trafiło na stanowisko Ewy Maj, dyspozytorki z tarnowskiego pogotowia.
- To, co działo się w tamtym domu, widziałam oczyma wyobraźni - uśmiecha się kobieta.
Porodówka w kuchni
Pani Agata była w ósmym miesiącu ciąży. Nagle, w nocy poczuła silne bóle. Całkiem jak przy porodzie. Zorientowała się, co się święci, bo wcześniej urodziła już syna. Wiedziała, że na podróż do szpitala jest za późno. Zdążyła na szczęście obudzić swojego partnera, pana Marcina. - Stwierdziłam, że nie dam rady przebrać się, ani wsiąść do samochodu - opowiada. Z konieczności salę porodową zastąpiła więc domowa kuchnia. A dokładnie podłoga obok lodówki.
Emocje były tak wielkie, że tata dziewczynki z wrażenia zapomniał na moment numeru na pogotowie. W porę przyszło olśnienie.
Córka się rodzi. Co robić?
W tarnowskiej dyspozytorni pogotowia ratunkowego dyżur pełniła między innymi Ewa Maj. Telefon od pana Marcina trafił właśnie na jej biurko. Takich sytuacji się nie zapomina. - Mężczyzna powiedział szybko, że jego partnerka rodzi, ma bóle. Pytał, co robić? - mówi pani Ewa. Po ocenie sytuacji momentalnie wysłała na miejsce karetkę. Ale jednocześnie wiedziała, że dziecko urodzi się, zanim lekarz dotrze na miejsce. Robiła więc wszystko, żeby na odległość doprowadzić do szczęśliwego rozwiązania. - Najważniejsze, że mężczyzna po tamtej stronie szybko się skupił i chciał współpracować - mówi dyspozytorka.
Czytaj więcej: gazetakrakowska.pl
