Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Awantury, pretensje, groźby, rzadko dobre słowo. Co jakiś czas podjeżdżają karetki, czasem policja lub straż miejska. Wokół pijani, uzależnieni, bóle brzucha, palca i ogólne złe samopoczucia. Czasem nagłe zagrożenie życie. Nietrudno się domyślić, że to szpitalny oddział ratunkowy.

Wtorkowy poranek. Szpital Praski im. Przemienienia Pańskiego w Warszawie, SOR. Ciemno w poczekalni – przy drzwiach stoi tłum ludzi. Wchodzimy do środka. W głębi pusto, prawie nikt z oczekujących nie siada na stojących tam krzesełkach.

Dlaczego? Wystarczy chwila, żeby się zorientować. Dwóch panów generuje tak obezwładniający zapach, że reszta pacjentów skupiła się w miejscu, do którego od czasu do czasu dociera powietrze z dworu. To bezdomni czy może głęboka praska patologia? Trudno od razu orzec.

Otwierają się drzwi gabinetu A3. Pielęgniarka prosi syna pacjentki czekającej wewnątrz. Nie ma go. Do A1 wzywany jest pacjent na planowe przyjęcie. Tu także nikt się nie zgłasza. Zrezygnowali? Wychodzę zaczerpnąć świeżego powietrza.

Jakiś pacjent rozmawia przez telefon. Przyszedł na SOR „z tym swoim uchem”. Nie wygląda na osobę, której życie jest zagrożone, nawet nie wygląda na chorego. Ciekawe, co mu dolega. Wracam do środka. W kilku dobrze widocznych miejscach wiszą plakaty z wydrukowaną informacją, do czego służy ten oddział. Czytam, że aby uzyskać pomoc, trzeba być w stanie nagłego zagrożenia życia. Prawie nikt tutaj tak nie wygląda.

Co chwilę ktoś podchodzi do okienka rejestracji. Młodzi, w średnim wieku, starzy, kobiety, mężczyźni, zazwyczaj towarzyszy im rodzina i znajomi. Jeden pan czyta książkę, młoda dziewczyna przegląda smartfona, inny rozmawia przez telefon.

– Kto ostatni? – pyta starsza pani, która przyszła w asyście, prawdopodobnie syna i synowej.

– Nie ma, pani na krzesło wejdzie – wskazuje to stojące przy okienku rejestracji. Starsza pani siada. – Coś mnie ugryzło dwa dni temu i spuchło – informuje rejestratorkę.

Zgłoszenie przyjęte. Teraz musi czekać. Okienko zamyka się, ale nie na długo. Jakaś starsza pani nerwowo puka w szybkę. Twierdzi, że zgubiła klucze w obszarze przyjęć i segregacji. Robi się zamieszanie.

10.45. Zmysł węchu jest jednak niezwykły. Niewiarygodne, jak szybko ludzkie receptory przyzwyczajają się do zapachów i przestają na nie reagować. Powoli krzesełka w poczekalni zapełniają się, nawet ja siadam bliżej. Młody mężczyzna (jeden „z tych” dwóch) podchodzi do okienka.

– Przecież mówiłam panu, że dziś nie będzie przyjęcia – informuje rejestratorka. – Powiedziałam, gdzie można otrzymać pomoc całodobową. My możemy przyjąć pana jutro.

– Jutro, jutro… – mruczy pod nosem i wraca na swoje miejsce. Widać, że nie zamierza zrezygnować.

Z obszaru przyjęć i segregacji medycznej wychodzi pacjent z zagipsowaną ręką. Inny w tym czasie korzysta z okazji, by dostać się w strefę zamkniętą. Wchodzimy również my.

Po drugiej stronie

Codziennie 12-godzinne dyżury pełnią tu trzy zespoły – reanimacyjny, chirurgiczny, obserwacyjny. Wspomagani są przez konsultantów poszczególnych specjalności medycznych, którzy pracują w tym czasie na oddziałach.

– Codziennie trafia tutaj około 100 chorych. 60-80 proc. to przypadki, które nie wymagają natychmiastowej interwencji. Na jednym z ostatnich dyżurów lekarz zbadał 78 pacjentów, z czego tylko 17 przyjęto na oddział. Najwięcej mamy internistycznych przypadków, nieco mniej chirurgicznych, trochę urologicznych, sporo ortopedycznych, przede wszystkim stłuczeń – opowiada dr Piotr Łukiewicz, ordynator SOR-u.

Czytaj więcej: gazetalekarska.pl

Don't have an account yet? Register Now!

Sign in to your account