Rowerzysta jechał całą szerokością pasa drogi. Załoga karetki Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie myślała, że mężczyzna kieruje niepewnie, bo gorzej się czuje. Zatrzymała się, by pomóc...
W tamto popołudnie Arkadiusz Bar i Łukasz Maraj pełnili dyżur w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie. Było ok. godz. 16.30, gdy ratownicy wyjechali karetką do chorego w Hucisku. - Wezwanie miało kategorię „K-2” i w związku z tym nie jechaliśmy na sygnale. Przy wjeździe do Głogowa zaczął robić się korek. Okazało się, że samochody przed nami zwalniają i omijają szerokim łukiem rowerzystę, który jedzie zygzakiem całą szerokością pasa - opowiadają Arkadiusz Bar i Łukasz Maraj.
Ponieważ wezwanie do Huciska nie było pilne, a stan rowerzysty poważnie zaniepokoił ratowników, postanowili zatrzymać karetkę. - Podejrzewaliśmy, że jadący rowerem mężczyzna może gorzej się poczuł, ma jakieś problemy zdrowotne, stąd jego problemy z zachowaniem równowagi. Widząc kogoś zataczającego się, łatwo pomyśleć, że to osoba będąca pod wpływem alkoholu. Tymczasem podobnie może zachowywać się chory na cukrzycę, gdy wystąpi u niego gwałtowny spadek cukru we krwi, tzw. niedocukrzenie - wyjaśnia pan Arkadiusz. Ambulans zjechał na pobocze. Ratownicy włączyli sygnały świetlne i wyszli z pojazdu.
- Zapytaliśmy rowerzystę, jak się czuje, czy na coś choruje. Mężczyzna miał jednak duże trudności z nawiązaniem kontaktu, plątał się w wypowiedziach. Poczuliśmy od niego wyraźną woń alkoholu. Przyznał, że wypił „co nieco”. Nie mieliśmy wątpliwości, że jadąc rowerem w takim stanie, stanowi zagrożenie nie tylko dla siebie, ale także dla innych - dodają ratownicy.
Czytaj więcej: nowiny24.pl
