Śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego przeleciał w minioną sobotę ponad 84 km (w jedną stronę) z Krakowa do Bukowiny Tatrzańskiej, bo lekarze chcieli, by zabrał do szpitala pijanego uczestnika wypadku drogowego, którego najpoważniejszymi obrażeniami były... siniaki.
Choć taka sytuacja nie powinna się wydarzyć, bo lotniczy ambulans powinien być wzywany tylko do najgroźniejszych przypadków, nie ma co liczyć, że winnych takiego stanu rzeczy szybko uda się ustalić. Lekarze z Zakopanego przerzucają się bowiem odpowiedzialnością za bezpodstawne wezwanie helikoptera z dyspozytornią pogotowia w Krakowie. - Proszę mi uwierzyć, że ja nie potrafię zrozumieć, po co ten śmigłowiec w ogóle wysłano na Podhale - zastanawia się Ali Issa Darwich, ordynator zakopiańskiego pogotowia.
- To była zła decyzja dyspozytora z Krakowa. Wysłał do wypadku helikopter, zanim jeszcze na miejsce dojechał nasz lekarz. To on powinien stwierdzić, czy taka pomoc jest mu potrzebna, czy też nie. Tym samym helikopter przeleciał w dwie strony ponad 160 km na próżno. Dobrze, że w tym samym czasie nie potrzebowano go gdzie indziej. Napiszę w tej sprawie raport. Krakowskie pogotowie, które nadzoruje dyspozytornię, sprawę widzi jednak inaczej. - My wysłaliśmy śmigłowiec, bo w takich sytuacjach liczy się każda sekunda. Lekarz, który dojechał na miejsce ambulansem, mógł helikopter odwołać. Nie zrobił tego - mówi Joanna Sieradzka.
Czytaj więcej: gazetakrakowska.pl
