Piątka młodych ludzi wypłynęła na jezioro wypożyczonym jachtem, który wywrócił się na bok. Wejście do kabiny znajdowało się około metra pod wodą. Została tam Marta, jej chłopak wrócił po nią. Troje pozostałych osób wydostało się na zewnątrz.
Strażacy nie dostali się do kabiny, gdzie para czekała na pomoc. Nie mieli nawet sprzętu do nurkowania. Postanowili przyholować łódź do brzegu. Trwało to kilkanaście minut. Marty i Sebastiana nie udało się uratować mimo reanimacji. Na miejscu przypadkiem znajdował się Adam Damięcki, instruktor WOPR z województwa łódzkiego. Miał sprzęt i zaoferował swoją pomoc. Chciał razem ze strażakami popłynąć na miejsce wypadku. Dowodzący akcją odmówił jednak wzięcia ratownika na pokład. – Będzie mnie to gryzło do końca życia. Miałem chęci, miałem sprzęt, a musiałem pozostać na brzegu – mówi ratownik. (Kle) Źródło: wiadomosci.onet.pl

Komentarze
Wiadomo, co z nim będzie dalej?
Prawdziwy strażak by się tak nie zachował.
Niestety w naszym kraju społeczeństwo staje się bardzo roszczeniowe, a tym samym jest nacisk na kierowanie się litera prawa. Przykładem jest zachowanie kierującego akcją - jest uprawniony i przeszkolony do niesienia pomocy, ale w chwili podjęcia akcji, nie może dopuścić cywila do działań. Ja rozumiem rozgoryczenie ratownika obecnego na miejscu zdarzenia, ale gdyby jemu się coś stało to dowodzący akcją ma prokuratora na głowie, ba nawet gdyby go dopuścił i nic by mu się nie stało, a uratował by tamtych ludzi, prokurator i tak mógłby zastosować sankcje w stosunku do dowódcy strażaków.
Wszyscy "pogotowiarze" znają doskonale sytuacje w których rodzina prosi o zabranie się z pacjentem karetką. Empatia i zwyczajny ludzki odruch mówią tak, ale rozum niestety nie.
ja