Lekarz odmówił wyjścia przed szpitalną bramę do rannego. - A ten leżał we krwi sto metrów od wejścia na SOR. Fakt, pijany, ale przecież człowiek - opowiada świadek. - Wezwałem pogotowie. Przewiozło go ten kawałek
Pan Arkadiusz jechał ul. Mirowską. Był piątek wieczorem. Tuż przed szpitalem dwie panie pochylały się nad zakrwawionym człowiekiem. - To wyglądało poważnie, zatrzymałem się - opowiada. - Facet był pijany, ale jednak ranny. Panie dzwoniły po pogotowie. Powiedziałem, że to bez sensu, skoro za plecami mamy szpital.
Pan Arek pobiegł na SOR. Chciał ściągnąć kogoś z wózkiem albo noszami. - Ale od lekarza usłyszałem, że ten pijany był już tam trzy razy i - spokojnie - na pewno się nie wykrwawi. To facet ranny już trzy razy był na oddziale ratunkowym, a tam mu nawet opatrunku nie zrobili?! - relacjonuje.
Nad pijanym rannym znowu pochylili się przechodnie. Zapadła decyzja, żeby jednak wezwać pogotowie. Przyjechało, choć ciut zdziwione adresem wezwania. Obejrzało rannego, zapakowało do karetki i... przewiozło go te 100 m z placyku przed bramą Zawodzia na jego SOR.
- Co to za porządki - denerwuje się pan Arek. - Choć pijany, to przecież człowiek... Poza tym za wezwanie pogotowia zapłacili podatnicy, a można się było bez tego obejść. Wystarczyło, żeby lekarz przeszedł te 100 m. Powinno się go obciążyć kosztami przejazdu karetki.
Inni świadkowie wydarzenia też byli zbulwersowani. Do tego stopnia, że zadzwonili na policję, by naskarżyć na opieszałego lekarza. - I co usłyszeliśmy od dyżurnego policji? Że oni się tym nie zajmą i możemy najwyżej napisać skargę do szpitala. Wtedy to mi już zupełnie ręce opadły...
Głośne były podobne sprawy w innych miastach. Tam lekarz zwykle twierdził, że nie może wyjść poza SOR. Czy i w tym wypadku chodziło o przepisy?
- Lekarz rzeczywiście nie powinien opuszczać miejsca pracy - mówi dyrektor szpitala miejskiego (Zawodzie jest jego częścią) Dariusz Kopczyński. - Ale my zwykle to robimy, gdy np. na ruchliwej drodze obok jest jakiś wypadek. Złamaliśmy ten przepis również wtedy, gdy ktoś zadzwonił z alarmem, że z Warty wyciągnięto tonące dziecko. Pobiegliśmy aż pod areszt, żeby je ratować, pogotowie nie przyjechałoby prędzej. Wtedy jednak nikt się nie bulwersował i nie zawiadamiał mediów. Inna sprawa, że w tym przypadku lekarz rzeczywiście powinien wyjść i obejrzeć rannego. Sprawdzę, dlaczego tego nie zrobił. Widział co prawda wcześniej tego pana, ale skoro pijany człowiek się przewrócił, mógł uderzyć głową w krawężnik i być w znacznie poważniejszym stanie niż podczas pobytu na SOR-rze.
Dyrektor podkreśla, że nawet gdyby lekarz był zajęty innym pacjentem, powinien wysłać ratownika, by ten choć zerknął na obrażenia rannego.
Więcej: czestochowa.gazeta.pl
