Szpitalne oddziały ratunkowe są niedochodowe, więc dyrektorzy szpitali je zamykają. Te, które jeszcze działają, robią co mogą, żeby pacjentów nie przyjmować. NFZ, żeby ratować sytuację, w przyszłym roku zapłaci im więcej.
Do szpitalnych oddziałów ratunkowych trafiają pacjenci, których życie albo zdrowie jest zagrożone. Mogą to być np. osoby ranne w wypadkach, z różnymi urazami czy z zatruciem. Nierzadko potrzebne jest wykonanie badań. Po ocenie stanu zdrowia lekarze z SOR-u decydują, czy pacjent może iść do domu, czy powinien być dalej hospitalizowany. W Lublinie działa pięć takich oddziałów, w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym, PSK 1, PSK 4, Szpitalu Specjalistycznym przy al. Kraśnickiej oraz szpitalu MSWiA. Dziennie trafia do nich kilkaset osób.
Jednak oddziały te przynoszą placówkom spore straty, ponieważ Narodowy Fundusz Zdrowia nie płaci zbyt dużo za hospitalizację pacjenta. - W 2011 roku stawki ryczałtu dobowego dla świadczeń udzielanych w SOR-ach w Lublinie kształtuje się od 4 700 do 14 400 zł - mówi Małgorzata Bartoszek, rzeczniczka lubelskiego NFZ. Według lekarzy i dyrektorów to zdecydowanie za mało. Dlatego tylko w tym roku na zamknięcie oddziałów zdecydowały się dwie placówki - Szpital Kolejowy oraz PSK 1. W tym drugim szpitalu SOR zostanie zlikwidowany z końcem grudnia.
W pozostałych placówkach lekarze starają się ograniczać przyjęcia. - Któregoś razu kiedy przyjechałem z pacjentem odmówiono mi przyjęcia w dwóch SOR-ach, przy al. Kraśnickiej i klinice przy Staszica. Pomocy udzielono mu dopiero w PSK 4. Lekarze w obu przypadkach tłumaczyli się awarią sprzętu. W jednym szpitalu miał być zepsuty rentgen, w innym nie działać komputer niezbędny do wykonania badań - mówi anonimowo jeden z ratowników medycznych. I dodaje: - Przecież to chora sytuacja. W końcu dojdzie do tego, że ktoś umrze, bo w szpitalu odmówią przyjęcia ze względu na awarię sprzętu. I okaże się, że wszystko to było w zgodzie z przepisami. NFZ twierdzi, że takie rzekome awarie można zgłaszać, ale nikt tego będzie robił, bo wiadomo, że pracujemy w jednym środowisku i w końcu się wyda, kto to zgłosił.
Czytaj więcej: lublin.gazeta.pl
