Na osiedlu Dambonia karetka nie mogła dojechać do kobiety, która dostała wylewu, bo uniemożliwiały to rozrośnięte krzewy. Żeby je przyciąć, miasto, które jest właścicielem terenu, potrzebuje wniosku na piśmie, a potem krzewy musi ocenić jeszcze speckomisja.
Pan Edward jest mieszkańcem jednego z bloków na osiedlu Dambonia. W ubiegłym tygodniu do jego sąsiadki wezwano karetkę. - Kobieta dostała wylewu. Gdy sąsiedzi i rodzina zorientowali się, co się stało, od razu zadzwonili na pogotowie, zaznaczając, że sytuacja jest krytyczna i każda minuta jest na wagę złota - opowiada.
Karetka pojawiła się bardzo szybko. - Ale co z tego, skoro ambulans nie podjechał nawet pod klatkę schodową? Przy naszym bloku krzewy tak się rozrosły, że tworzą tunel i karetka zahaczałaby o gałęzie. Było zagrożenie uszkodzenia karetki, więc kierowca zaparkował samochód dalej - opowiada nasz czytelnik.
Na ratunek kobiecie ruszył zespół karetki, a kierowca ambulansu oświadczył panu Edwardowi, że gdyby uszkodził pojazd, musiałby zapłacić za zniszczenia z własnej kieszeni.
Ireneusz Sołek, dyrektor Centrum Ratownictwa Medycznego w Opolu, temu zaprzecza: - Przestrzegamy kierowców, by uważali na karetki, bo nowa kosztuje pół miliona złotych, jednak nikt za uszkodzenie sprzętu nie płaci z własnej pensji. Co nie znaczy, że problemu nie ma. Przeciwnie, tarasowanie dojazdu to wręcz plaga - mówi. - Wielokrotnie karetki były w ten sposób uszkadzane, a życie i zdrowie ludzi narażane, bo tego rodzaju sytuacje opóźniają działanie zespołu medycznego - dodaje.
Pan Edward postanowił problem krzewów rozwiązać. - Następnego dnia po zdarzeniu zadzwoniłem do ratusza, bo ten teren należy do miasta. Poprosiłem, by krzewy przycięto. Ale w ratuszu zamiast przyjąć moje zgłoszenie, kazano mi złożyć wniosek na piśmie. To absurd! - denerwuje się mężczyzna.
Czytaj więcej: opole.gazeta.pl

Komentarze