Około 13 godzin spędzili pracownicy rzeszowskiej stacji pogotowia ratunkowego na pisaniu odpowiedzi do Inspektoratu Transportu Drogowego na 60 pism w sprawie mandatów z fotoradarów. To była tylko pierwsza partia, bo w sumie od początku roku pogotowie dostało ponad 100 takich listów. - Nie sądzę, żeby opracowywanie korespondencji było aż tak pracochłonne - kwituje Łukasz Majchrzak z Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego w Warszawie.
Według niego sprawy nie ma, a pogotowia przesadzają. Zupełnie inaczej widzi sprawę Mirosław Solecki, wicedyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie. - Kiedy fotoradarami zajmowała się policja, dostawaliśmy najwyżej dwa pisma miesięcznie z prośbą o wyjaśnienia przekroczenia prędkości przez nasze samochody. Teraz tylko w tym roku mandatów od ITD było już 100. W pierwszej partii 60, w następnej 40 - mówi Solecki.
Taka masa dodatkowej korespondencji oznacza dla pracowników pogotowia wiele godzin spędzonych przy papierkowej robocie. Przy pierwszej partii korespondencji zajęło to około 13 godzin. W mandacie oczywiście nie ma nazwiska kierowcy. Nie ma też zdjęcia. Jest tylko data, marka samochodu i numer rejestracyjny. Wszystko trzeba sprawdzić.
Wyglądało to tak: sekretarka musiała każdy list otworzyć, posegregować - zajęło to około pół godziny; szukanie kart drogowych - blisko dwie godziny; ustalanie i wpisywanie danych osobowych każdego kierowcy - co najmniej pięć minut na jeden z 60 mandatów - co daje w sumie pięć godzin; odszukanie w dziale informatycznym zapisów z GPS każdego samochodu także około pięciu godzin; na koniec każdą odpowiedź musi sprawdzić i podpisać dyrektor Solecki - po kilka minut na każdy list. Do tego dochodzi jeszcze zakopertowanie wszystkich listów i adresowanie.
- Pod każdym listem z tej lawiny muszę dopisać adnotację, że nasz zespół ratunkowy jechał do chorego na sygnale.
Więcej: wiadomosci.gazeta.pl
