Czy lekarz ma prawo odesłać ze szpitala bez pomocy ciężko rannego pacjenta po wypadku, gdy na oddziale intensywnej terapii nie ma wolnych łóżek? Odpowiedź da proces Mirelli P., anestezjologa z lecznicy miejskiej, która tak zrobiła. Według niej to wina "anachronicznego systemu" ratownictwa w Toruniu
Lekarka postąpiła tak z 28-latkiem, który rozbił się na motorze w podtoruńskim Rogówku we wrześniu 2011 r.
Nie przyjęła go do szpitala przy ul. Batorego, choć pełniono tam wtedy ostry dyżur. Prokuratura zaznacza, że ambulans z rannym miał też do niego najbliżej.
Dwaj przewożący go ratownicy medyczni (nie było z nimi lekarza, bo pojechał do innego wypadku) mówią, że Mirella P. podjęła decyzję na podjeździe dla karetek - gdzie wyszła wywołana przez personel izby przyjęć - bez zbadania pacjenta. Twierdzą, że nawet nie zbliżyła się do noszy z motocyklistą, a gdy poinformowali ją, że ma poważne problemy z oddychaniem i poprosili, aby go zaintubowała - odmówiła. Według sanitariuszy, 42-letnia anestezjolog powiedziała, że wszystkie cztery łóżka na intensywnej terapii są zajęte i - ponoć przekrzykując ich - kazała im jechać po pomoc do lecznicy przy ul. św. Józefa, na tamtejszy szpitalny oddział ratunkowy.
Motocyklista nie przeżył
Trasę z ul. Batorego (obrzeża centrum) na Bielany (północno-zachodni skraj miasta) kierowca karetki pokonał w ok. 4 minuty. Niestety, gdy dotarł na miejsce, 28-latek był już w stanie krytycznym: miał śladowy oddech, nieoznaczone ciśnienie, źrenice nie reagowały na światło, pojawiła się sinica. Lekarze walczyli o jego życie przez 35 minut, bez powodzenia. Zmarł przez uraz głowy, stąd biegli, którzy analizowali dla prokuratury ten przypadek, są zdania, że nawet pomoc Mirelli P. mogłaby - zważywszy na rodzaj obrażeń motocyklisty - nie wystarczyć, by go uratować. Dlatego wysnuli wniosek, że jej odmowa nie skutkowała jego śmiercią. Ale zarazem uznali, że anestezjolog zachowała się nieprawidłowo - na tej podstawie śledczy oskarżyli ją o narażenie 28-latka na "bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia".
Biegli: należało mu pomóc
Biegli uważają, że bardzo ciężki stan, w jakim ranny dotarł do szpitala przy Batorego, "dawał wskazania do niezwłocznego przyrządowego udrożnienia dróg oddechowych". Podkreślili, że powinien być on tam zbadany i otrzymać niezbędną, ratującą życie pomoc. "Brak SOR i wolnych miejsc na oddziale intensywnej terapii nie stanowił przy tym żadnej przeszkody" - stwierdzili wyjaśniając, że po wykonaniu koniecznych zabiegów można było przewieźć pacjenta do innej lecznicy.
Więcej: torun.gazeta.pl
