Fala upałów za nami. Częstochowskie pogotowie ratunkowe pobiło rekord - 160 wyjazdów dziennie. Nie obyło się bez zgrzytów. Efektem jednego z nich jest polecenie dyrektora stacji, by pracownicy dawali baczenie na to, co mówią do wzywających pomocy czytamy w portalu "Gazeta.pl Częstochowa".
- Zachowanie dyspozytorki pogotowia w Częstochowie uważam za skandaliczne - ocenia Czytelnik "Gazety". Ratując zasłabniętego zadzwonił pod 112 i mocno się zbulwersował tym, co usłyszał.
Była ostatnia niedziela lipca, gdy nasz Czytelnik o godz. 13.50 jechał ulicą Kopernika. Przy skrzyżowaniu ze Śląską zauważył leżącego na chodniku starszego pana.
- Zatrzymałem się i podszedłem do niego: pomyślałem że zasłabł, bo upał był straszny. Mężczyzna był przytomny, ale na moje pytania, czy mu trzeba pomocy, odpowiadał nieskładnie. Zadzwoniłem więc pod numer 112, żeby wezwać pogotowie - relacjonuje Czytelnik. - Dyspozytorka chciała wiedzieć, czy mężczyzna jest ranny; nie był. Powiedział za to, że choruje na padaczkę. Wtedy poprosiłem o karetkę. Usłyszałem w słuchawce kolejne pytanie: czy mężczyzna jest pijany. Nie wyglądał na takiego, ale odpowiedziałem, że nie wiem. I powtórzyłem prośbę o przysłanie ambulansu.
W tym momencie, jak twierdzi Czytelnik, dyspozytorka zaczęła być nieuprzejma. Dlatego trzeci raz wspomniał o karetce i rozłączył się. Ponownie zadzwonił pod 112, gdy leżący mężczyzna próbował wstać. Odebrała ta sama kobieta.
- Zapytałem, czy ratownicy są w drodze - opowiada Czytelnik. - A dyspozytorka na to (cytuję): "Takich leżaków w mieście mamy dużo i nie wiem, czy karetka przyjedzie".
Dalszy przebieg wydarzeń miał wyglądać następująco. Czytelnik oburzył się do słuchawki, że leżak to jest na plaży lub w ogródku, a tu chodzi o starszego pana potrzebującego pomocy. Pracownica pogotowia poradziła dzwoniącemu, by wobec tego zajął się pomaganiem, a nie gadał. Dodała też, że potrzeba tylko odrobiny wysiłku z jego strony, a on już marudzi. A na koniec się rozłączyła.
- Karetka rzeczywiście przyjechała po jakimś czasie, jednak zachowanie tej pani i sposób, w jaki nas potraktowała, są po prostu skandaliczne - ocenia Czytelnik. - Rozmowa podobno była nagrywana, więc jest szansa, by ją odsłuchać. Dyspozytorka mi się nie przedstawiła. Kiedy tego zażądałem, stwierdziła, że nie musi.
Skarga Czytelnika trafiła do dyrektora częstochowskiej stacji Janusza Adamkiewicza. Ponieważ telefony z wezwaniami rzeczywiście są nagrywane, zapisy rozmów z 28 lipca zostały odszukane i przesłuchane.
Czytaj całość: czestochowa.gazeta.pl
