Nie spodziewaliśmy się, że rozpętamy burzę. Po tekście o kolejkach na oddziale ratunkowym Szpitala Uniwersyteckiego pt. "Pacjenci czekają na pomoc nawet po osiem godzin"(2.08.2013 r.) Czytelnicy zaczęli przesyłać nam swoje historie z SOR-ów, czyli szpitalnych oddziałów ratunkowych. Pozytywnych wrażeń mało, chyba że pacjent miał szczęście i na oddziale nie było kolejki - alarmuje portal krakow.naszemiasto.pl
SOR-y tak naprawdę działają bez zarzutu tylko wtedy, gdy... nie ma w nich chorych. Wystarczy, że w poczekalni zjawi się kilkunastu pacjentów, w tym czasie karetka przywiezie osobę z zawałem lub udarem, a zaczyna się chaos. Ludzie obolali, z mniejszymi dolegliwościami, którzy przyszli po pomoc o własnych siłach, tkwią w poczekalniach po kilka godzin.
Reporterzy "Gazety Krakowskiej" spędzili kilka wieczorów w małopolskich SOR-ach. Są dostosowane do unijnych norm. W większości jest czysto, nowocześnie, w niektórych wręcz komfortowo, w wielu oddziałach stoi bezpłatny telewizor dla chorych. Niezmienne pozostaje jedno: czekanie. Pacjent oczekuje godzinami na to, by obejrzał go lekarz.
Owszem, osoby z zagrożeniem życia, które są przywożone karetkami, są przyjmowane w pierwszej kolejności. Ale czy pozostali, którym nie zagraża śmierć - dziecko z obcym ciałem w oku, emerytka zwijająca się z bólu, czy mężczyzna z podejrzeniem złamanej nogi - powinni czekać na opiekę nawet po sześć-osiem godzin? Jesteśmy pewni, że tak być nie powinno.
Szpital Wojskowy, Kraków, 3 września, godz. 19.36
W poczekalni jest 20 krzeseł, zajęte 12 z nich. Marcin przyjechał tu z uszkodzoną ręką (jeszcze nie wie, co mu jest - przewrócił się na rowerze). Czeka już 2,5 godziny. W gabinecie lekarskim nikogo nie ma. Obserwujemy, że wśród personelu medycznego panuje dość leniwa atmosfera. Przed godz. 21 stoją dłuższy czas w grupce, ziewając i czasem nieśpiesznie wymieniając między sobą kilka zdań. Jedna z lekarek ze znudzeniem kołysze stetoskopem, szurając nim o ziemię i zahaczając o swojego buta.
Kiedy źle czujący się pacjent zajmuje kabinę jedynej toalety koedukacyjnej, do środka wchodzi wijąca się z bólu brzucha młoda kobieta. "Proszę nie wchodzić" - słychać z ubikacji. Po 5 minutach sytuacja powtarza się.
Nad recepcją wisi tabliczka, informująca, że "pacjenci będą przyjmowani w czasie adekwatnym do możliwości oddziału, jednak nie później niż osiem godzin od przybycia na SOR".
Czytaj więcej: krakow.naszemiasto.pl
