Defibrylator - słowo trudne, a zastosowanie mało znane. Sprzęt, który na Zachodzie wisi na ścianie każdej publicznej instytucji, w Lubuskiem ciągle ze świecą szukać. A niedawno uratował życie na basenie CRS
Czwartek 26 lutego, po godz. 14. Jednym z torów basenu zielonogórskiego Centrum Rekreacyjno-Sportowego płynie postawny mężczyzna. Dociera do końca, opiera się o płytki, odpoczywa. Po chwili traci przytomność i powoli osuwa się pod wodę.
Pływaków obserwuje ratowniczka Paulina Niemczynowska. Gdy zauważa mdlejącego mężczyznę, od razu skacze do wody, wyciąga i wspólnie z kolegami kładzie na kozetce. W pocie czoła ratownicy wycierają go do sucha i podłączają defibrylator.
Niecałą godzinę później okazuje się, że urządzenie uratowało mu życie. Mężczyzna przeżył zatrzymanie akcji serca. W takim wypadku każda sekunda jest na wagę zdrowia.
- Defibrylacja powoduje powrót spontanicznej czynności serca. Wszelkiego rodzaju normatywy i standardy mówią, że w łańcuchu przeżycia jednym z kluczowych elementów jest właśnie wczesna defibrylacja. Jej przesunięcie w czasie dramatycznie obniża skuteczność, a i możliwości wyratowania są trudniejsze. A wystarczy jeden strzał i po kilku minutach pacjent zaczyna z nami rozmawiać. Jakie słowa padają najczęściej? "Ojej, chyba mi się przysnęło" - przekonuje dr n. med. Sybilla Brzozowska-Mańkowska, lekarz zielonogórskiego Centrum Urazowego.
Badania dowodzą, że przy defibrylacji w ciągu trzech minut od zatrzymania akcji serca szanse przeżycia wynoszą nawet 70 proc. 10 minut wystarczy, żeby spadły do ułamków procenta.
Cały tekst: zielonagora.gazeta.pl
