Jednemu pijany angielski turysta przystawił pistolet do głowy, w plecy drugiego schizofreniczny pacjent rzucił mieczem samurajskim, a w nocy z niedzieli na poniedziałek nietrzeźwy turysta skopał obsługę karetki pogotowia. - Strach iść do pracy - skarżą się ratownicy.
Sebastian Lewandowski tę interwencję zapamięta do końca życia. Wezwanie było do hotelu przy ul. Floriańskiej, do - jak ktoś podał - człowieka w śpiączce cukrzycowej. - Na miejscu okazało się, że to zamroczony alkoholem angielski turysta, prawdopodobnie pod wpływem dodatkowych środków odurzających. Gdy poinformowaliśmy, że zabieramy go na izbę wytrzeźwień, wyciągnął pistolet i wycelował w nas - opowiada Sebastian. - Jak w amerykańskim filmie, podnieśliśmy ręce do góry i wycofaliśmy się z pokoju. Potem schowaliśmy się za węgłem i biegiem do karetki. Wyszedł za nami, doszło do szarpaniny, po raz drugi wyciągnął broń. Kryliśmy się za karetką - opowiada.
Wezwani na pomoc policjanci szukali uzbrojonego napastnika, ale złapali go dopiero dwa tygodnie później w Warszawie. Broni przy sobie już nie miał, więc dochodzenie zostało umorzone.
Jak najszybciej się wycofać
Inny przypadek: karetka zostaje wezwana do mężczyzny, który źle się czuje. Na miejscu okazuje się, że to napad schizofrenii. Jednemu z ratowników pacjent chce wbić miecz samurajski w plecy. - 17 maja późnym wieczorem otrzymaliśmy wezwanie na ul. Pawią do mężczyzny z urazem głowy. Ranny leżał na chodniku, był wulgarny i agresywny. Nie wyrażał zgody na badanie, wiec w asyście policji został zabrany do karetki. Zaczął się rzucać, jednego z ratowników kopnął tak mocno, że obydwóch trzeba było odwieźć do szpitala - mówi Joanna Sieradzka, rzeczniczka prasowa KPR.
- W takich sytuacjach najbezpieczniej jest jak najszybciej się wycofać. Gdy potencjalny pacjent wyciąga broń, trzeba zrobić wszystko, żeby nie prowokować, i wezwać policję - mówi Dariusz Rogoziński, były antyterrorysta, a dziś instruktor ratownictwa taktycznego z firmy Defendu. - Gdyby w takich sytuacjach próbowali obezwładniać przeciwnika, byłoby to z ich strony lekkomyślne. Gdyby się udało, byliby bohaterami, ale co, jeśli nie? - pyta Rogoziński.
Sam też jeździ w karetce pogotowia, ale w jego przypadku procentują lata pracy w oddziale antyterrorystycznym. - Znam techniki obniżania napięcia, a co za tym idzie - poziomu agresji. W ostateczności, gdybym został zaatakowany, potrafiłbym się obronić - wyjaśnia. Do dziś za Dariuszem idzie przezwisko z czasów policyjnych - "Bolo". I raczej nieprędko znajdzie się ktoś, kto chciałby go atakować.
Czytaj więcej: wiadomosci.gazeta.pl
