Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Dopiero za trzecim razem, po awanturze i groźbach, doczekał się pogotowia ratunkowego wzywający je mężczyzna. Przyjechało razem z policją. Dzisiaj twierdzi, że to wcale nie ono powinno być wezwane, tylko lekarz z przychodni.

Karetka miała być dla 88-letniej częstochowianki po udarze. Pani nie jest w złym stanie, ale pozostaje pod opieką córki i zięcia. - Kiedy idę do pracy, mamą zajmuje się mój mąż. Podaje posiłki, leki, insulinę... - opowiada córka.

21 marca starszej pani zrobiło się słabo, oddychała z trudem, prosiła o coś na serce. Ponieważ prawie nigdy się nie skarży, zięć się zaniepokoił. Zauważył, że nie pomagają. Około godz. 15 zadzwonił po pogotowie. Ten telefon wyglądał następująco: zięć wyjaśnia, co się dzieje, tłumaczy, że mama jest po udarze i ma kłopoty z sercem, podaje jej wiek. Dyspozytor chce rozmawiać z chorą. Zięć przekazuje słuchawkę.

- Mama oczywiście stwierdziła, że nic jej nie dolega. A że głos ma dźwięczny, mocny, dyspozytor jej uwierzył - kontynuuje córka. - Problem w tym, że ma też kłopoty z pamięcią, czasem zapomina, co mówiła pięć minut wcześniej. Zaś mąż słusznie się bał, bo ostatnio po takich samych objawach mama spędziła dłuższy czas w szpitalu.

Dyspozytor odmawia wysłania karetki. Podaje za to numer telefonu do przychodni lekarzy pierwszego kontaktu dyżurującej w sobotę. W przychodni nikt nie odbiera. Mąż znów dzwoni pod 999. Dyspozytor znów prosi chorą do słuchawki. Zięć odmawia, tłumacząc, że to on - zaniepokojony stanem teściowej - wzywa karetkę. Dyspozytor znów nie chce jej przysłać. Zięć informuje, że dostał zły numer do przychodni dyżurnej; dostaje go ponownie. Przychodnia nie odpowiada.

Trzeci telefon pod 999. Zięć w nerwach wciąż domaga się karetki. Obiecuje, że jeśli jej przyjazd okaże się niezasadny, to za niego zapłaci. - Niewykluczone, że wtedy powiedział coś niecenzuralnego; ja na jego miejscu też bym klęła - komentuje żona. Dyspozytor powtarza: Nie.

Czwarty telefon zięć wykonuje już pod numer alarmowy 112. Informuje, że pogotowie ratunkowe nie chce przysłać karetki, prosi o pomoc. Dyspozytor ją obiecuje, choć zastrzega, że nie bardzo wie, co robić.

Zięć nie czeka na interwencję, zostawia teściową pod opieką sąsiadki i biegnie na ul. Kilińskiego (ma niedaleko, mieszka po drugiej stronie pl. Daszyńskiego). W budynku pogotowia słyszy, że karetka jednak pojechała, więc ma wracać do domu. Chwilę później dociera tam także żona, która wcześniej nie mogła wyjść z pracy. Jest mniej więcej godz. 17.

W domu jeden pokój zajmują ratownicy. Robią Mamie EKG, wynik konsultują zdalnie z lekarzem. Informują córkę, że to wygląda na stan po zawale, więc biorą pacjentkę do szpitalnego oddziału ratunkowego na Zawodzie. W drugim pokoju siedzi mąż z dwoma policjantami wezwanymi przez dyspozytora pogotowia; powód - był agresywny. - Jeden z policjantów, nasz dzielnicowy, spisał notatkę i zapewnił mnie, że gdybym chciała skarżyć się na dyspozytora pogotowia, to mogę poprosić o pomoc - relacjonuje córka. - Mama w szpitalu była do późnej nocy, dostała leki, kroplówkę, przeszła badania i zabraliśmy ją do domu.

Po blisko miesiącu, już na spokojnie, córka rozmawiała z dyrekcją pogotowia. Nie chciała kary dla dyspozytora, lecz tego, by stacja wyciągnęła wnioski. Tym razem skończyło się dobrze, ale przecież następnym razem ktoś może nie doczekać karetki.

Więcej: czestochowa.gazeta.pl

Don't have an account yet? Register Now!

Sign in to your account