- Przed nasze klatki schodowe nie mogą dojechać karetki pogotowia ratunkowego - twierdzi pani Izabela z ul. Władysława IV.
Pani Izabela jest emerytką. Jej mąż często choruje. Na tyle poważnie, że kobieta regularnie musi wzywać do niego karetkę pogotowia ratunkowego.
- Problem w tym, że karetka nie dojedzie przed klatkę, bo uniemożliwiają to zaparkowane częściowo na chodniku, częściowo na ulicy, samochody - mówi nasza czytelniczka. - Po jednej stronie naszej ulicy, niemal na całej jej długości, jest bowiem wyznaczony parking.
Kobieta dodaje, że podobny problem mają mieszkańcy sąsiedniego bloku numer 11. - Tam również karetka nie dojedzie, gdy na miejscach parkingowych stoją samochody. A popołudniami, wieczorami i w dni wolne od pracy auta szczelnie oblepiają każde wolne miejsce - twierdzi słupszczanka. - Wiele razy widziałam, jak pracownicy pogotowia ratunkowego transportowali chorych do karetek na wózkach inwalidzkich lub na noszach. Mój mąż niedawno też w taki sposób dotarł do karetki. Gdyby ratownicy mogli dojechać przed klatkę, szybciej mogliby zacząć udzielanie pomocy.
Jak twierdzi, w wyjątkowych sytuacjach karetki przejeżdżają drogą wewnętrzną, a potem przez trawniki.
- Tę sprawę trzeba uregulować, bo tu przecież chodzi o nasze bezpieczeństwo. Karetka wewnętrzną uliczką i między drzewami na trawniku przejedzie, ale wóz straży pożarnej może już mieć z tym problemy. A co będzie, jeśli w którymś z naszych bloków wybuchnie pożar? - niepokoi się pani Izabela. - Strażacy nie dojadą, tylko będą ciągnąć węże kilkadziesiąt metrów.
Więcej: gp24.pl
