Niemal nikt nie korzysta z defibrylatorów pozwalających szybko przywrócić akcję serca, które są na stacjach metrach czy w centrach handlowych. - Ludzie nie wiedzą, że to nie jest sprzęt dla specjalistów, ale dla każdego kto musi szybko pomóc - twierdzą lekarze.
Kilka dni temu pięściarz Jerzy Kulej zasłabł podczas benefisu Daniela Olbrychskiego w Teatrze 6. piętro, który mieści się w Pałacu Kultury i Nauki. W szpitalu lekarze stwierdzili rozległy zawał. W PKiN w kuluarach Sali Kongresowej jest defibrylator, ale nikt z niego nie skorzystał. - Na sali byli lekarze i zaczęli reanimację - tłumaczy Ewelina Dudziak-Stalęga, rzeczniczka Pałacu. - Gdyby ktoś poprosił strażników o to urządzenie, na pewno by je przynieśli. Zresztą sami potrafią je obsługiwać.
U osoby, której nagle stanie serce, szanse przeżycia zmniejszają się z każdą minutą. Najczęstszą przyczyną zatrzymania krążenia jest migotanie komór. Kurczą się, ale nie pompują krwi. Gdy do klatki piersiowej przyłoży się defibrylator, ten wyśle impuls elektryczny i w ciągu sekundy serce może wrócić do właściwego rytmu. - Jeśli miną cztery minuty, z każdą kolejną szanse na przeżycie maleją o 10 proc. - mówi Marek Niemirski, rzecznik warszawskiego pogotowia ratunkowego. I dodaje, że zna tylko jeden przypadek, gdy przechodzień użył defibrylatora i uratował komuś życie.
Czytaj więcej: wiadomosci.gazeta.pl
