Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Niepewność, zmęczenie, ogromna nadzieja i chęć niesienia pomocy – to emocje, z którymi muszą się zmagać ratownicy z SGPR z Nowego Sącza. Z każdej misji strażacy przywożą masę wspomnień, zarówno tych lepszych, jak i gorszych - opisuje Interia360.pl

Każda misja to inne wyzwanie, musimy pokonać własne obawy, stawić czoła katastrofie i uratować jak najwięcej ludzi – mówi jeden z ratowników, przewodnik psa labradora. Mój rozmówca jest spokojny, opanowany i bardzo skromny. Członek specjalistycznej Grupy Poszukiwawczo – Ratowniczej z Nowego Sącza ma dobra pamięć, odtwarza dla mnie dokładnie sytuacje sprzed lat. Właśnie cofamy się do roku 1999.
- Pierwsza misja sądeckiej grupy odbywała się w Albanii, gdy trwała wojna na Bałkanach. Serbowie wypędzali obcą ludność, zwłaszcza albańską z Kosowa. Naszym zadaniem było stworzenie polowych szpitali i pomoc uchodźcom – wyjaśnia członek grupy z Nowego Sącza. Sytuacja, którą ratownik pamięta i zapewne nigdy nie zapomni zdarzyła się nocą, gdy musieli pokonać drogę z miejscowości Lac do Tirany. Wieczorem do ich obozu trafił chłopiec w tragicznym stanie. Jego rodzice zginęli pod kołami samochodu. Chłopiec miał marne szanse na przeżycie, ale w obozie postanowili go ratować. Właściwą pomoc mógł uzyskać jedynie w profesjonalnym szpitalu w Tiranie. Decyzja o przewiezieniu go była trudna, ponieważ przejazd trwał około półtorej godziny (nie było asfaltu), a poza tym po Albanii nie powinno się jeździć nocą, gdyż było niebezpiecznie. W kraju panowała wówczas anarchia, a nocą po ulicach krążyły różne grupy przestępcze. Każdy mógł łatwo zdobyć broń.

Ratowanie życia jest najważniejsze dla ratowników, więc musieli spróbować. Dla bezpieczeństwa pojechali z nimi dwaj uzbrojeni żołnierze. Mój rozmówca wraz z dwoma innymi ratownikami jechali w karetce, a za nimi w land roverze polscy żołnierze. W karetce cały czas trzeba było wykonywać czynności ratownicze, gdyż chłopiec nieustannie krwawił i wymiotował.
W końcu udało im się dotrzeć do szpitala i po rozmowach z lekarzami, zostawić tam rannego. Niestety po kilku dniach okazało się, że chłopiec umarł, ze względu na zbyt duże obrażenia.

Więcej: interia360.pl

Twoja reakcja na artykuł?

Aby dodać komentarz, zaloguj się!

 

Don't have an account yet? Register Now!

Sign in to your account