Zachowanie lekarzy było prawidłowe, nie można było też przewidzieć, czy wcześniejszy przyjazd karetki uratowałby życie pacjenta. Do takich wniosków doszli biegli analizujący zachowanie pracowników bialskiego pogotowia wezwanego do 48-letniego Mirosława K., który w kwietniu zmarł w policyjnej izbie zatrzymań.
Śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków służbowych przez policjantów oraz ewentualnego błędu medycznego prowadziła prokuratura. W jego toku zabezpieczono dokumentację, przesłuchano świadków, postanowiono także o zasięgnięciu opinii biegłych. Ci ostatni nie dopatrzyli się w postępowaniu pracowników pogotowia nieprawidłowości. – Zdaniem biegłych zachowanie zespołu było prawidłowe, nie było podstaw do hospitalizacji. Nie sposób było też przewidzieć, czy wcześniejszy przyjazd karetki cokolwiek by zmienił – informuje Joanna Kozłowska, prokurator rejonowa w Białej Podlaskiej.
Mirosław K. skonał w celi 17 kwietnia tego roku, kilkanaście minut po drugiej w nocy. Osierocił żonę i troje dzieci. Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną zgonu była ostra niewydolność krążeniowa. Przedtem policjanci dwukrotnie wzywali do niego karetkę. Według lekarzy pacjent nie wymagał jednak hospitalizacji. Do PDOZ (pomieszczenia dla osób zatrzymanych) trafił dzień wcześniej jako „sprawca awantury domowej, osadzony celem wytrzeźwienia”. Przed tym, zgodnie z obowiązującymi w takich przypadkach procedurami, został zbadany przez lekarza, który nie stwierdził przeciwwskazań do jego zatrzymania.
Przed północą, z uwagi na dolegliwości, na które się uskarżał, policjant nadzorujący osadzonych wezwał do niego pogotowie. Po przeprowadzeniu badania ekg, zbadaniu i podaniu leków lekarz stwierdził, że nie wymaga on hospitalizacji i może pozostać w policyjnym areszcie. Niecałe dwie godziny po odjeździe karetki zatrzymany spadł z łóżka i dostał drgawek. Ponownie powiadomiono pogotowie. Do czasu przybycia lekarza policjant pełniący służbę w PDOZ wspólnie z oficerem dyżurnym jednostki prowadzili reanimację, którą kontynuował później zespół medyczny. Pomimo tego kilkanaście minut po godzinie drugiej w nocy lekarz stwierdził zgon zatrzymanego.
Pierwszą załogą karetki kierował specjalista medycyny rodzinnej w trakcie specjalizacji z chorób wewnętrznych Jacek B. Gdy Mirosław K. spadł z łóżka nieprzytomny na podłogę, bezskutecznie ratował go już inny lekarz Piotr P., specjalista medycyny ratunkowej z Białegostoku. Tym razem karetka jechała do pacjenta zbyt długo, przekroczony został też wynikający z wewnętrznych procedur czas oczekiwania na jej przyjazd. – Zgodnie przepisami, w mieście powyżej 10 tysięcy mieszkańców wynosi on maksymalnie osiem minut, tymczasem zespół dotarł do pacjenta po ponad trzynastu minutach
– przyznaje Roman Filip, dyrektor Stacji Pogotowia Ratunkowego SPZOZ w Białej Podlaskiej.
W efekcie, po drobiazgowej analizie sposobu przyjęcia zgłoszenia i zadysponowania załogi zespołu ratunkowego
z pracy dyscyplinarnie zwolniona została dyspozytorka, a lekarza Piotra P. czasowo odsunięto od dyżurów. Nie znaleziono bowiem żadnych obiektywnych przeszkód, które uzasadniałyby tak duże opóźnienie. Piotr P. niedługo potem zrezygnował z pracy w pogotowiu, a dyspozytorka odwołała się do sądu pracy. Postępowanie wyjaśniające w sprawie śmierci mężczyzny prowadził także sztab bialskiej policji i nie stwierdził uchybień. Winy policjantów nie dopatrzył się też wydział kontroli Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.
Marcin Kozarski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Źródło: slowopodlasia.pl

Komentarze
Znowu wizyta! czemu my tam musimy,inny zespół nie może jechać,teraz wróciliśmy,jest em zmęczony(a),ja nie jadę,to już chyba z 5 wizyta który numerek wizyty? kolejny?dzwonie do dyspozytorki ja tam na pewno nie pojadę,i tak właśnie płyną,uciekają cenne sekundy minuty a nadrobić jazda nie wolno bo lekarze boja się szybciej pojechać.Taka bolesna jest ta prawda i tak się to kręci w tym chorym kraju z tymi naszymi hm lekarzami?.