Numer 112 miał przenieść nas w nowy wymiar ratownictwa. Na razie jednak zajmie się nim wymiar sprawiedliwości.
Jak wynika z informacji DGP, dwie prokuratury równolegle badają podejrzenie, czy nowy model systemu powiadamiania ratunkowego pogorszył sytuację ofiar nagłych wypadków. W badanych przypadkach były ofiary śmiertelne, a pomoc przybyła zbyt późno.
Śledztwa wszczęły prokuratury w Krakowie i Opolu, czyli w województwach, w których działa już nowy system. W uproszczeniu polega on na tym, że telefony z wezwaniem pomocy nie są już odbierane w powiatach, ale w wojewódzkich centralach.
Badamy, czy urzędnicy nie popełnili przestępstwa przekroczenia uprawnień w związku z wdrożeniem modelu działania systemu powiadamiania ratunkowego, który mógł narazić mieszkańców województwa na zagrożenie życia – tłumaczy rzecznik Prokuratury Okręgowej w Krakowie Bogusława Marcinkowska.
Śledczy zajęli się modelem systemu po wydarzeniach, które miały miejsce w okolicach Zakopanego pod koniec ub.r. Karetki wysłane przez dyspozytornię w Krakowie zgubiły drogę. Kierowcy nie mogli doprecyzować informacji o miejscu wypadku, bo przestał działać GPS w ich tabletach. Zawiodła również łączność radiowa.
Tłumaczyliśmy dyspozytorowi z Krakowa, że nasi kierowcy nie znają tego terenu i mogą się zgubić – mówiła lokalnym mediom Ali Issa Darwich, ordynator oddziału ratunkowego zakopiańskiego szpitala.
Podobnie było z drugą zakopiańską karetką wysłaną do sąsiedniego powiatu. Dojechała 40 minut od wezwania. Nie udało się uratować 44-letniej kobiety.
W Nysie z kolei młoda kobieta w ciąży zmarła przed miejskim szpitalem. Tam dyspozytor z wojewódzkiego centrum wysłał na pomoc karetkę bez lekarza.
Dyspozytorzy niezbyt dobrze znają topografię terenu, kierowcy dostają błędne wskazówki, a pomoc przyjeżdża zbyt późno – wyjaśnia nam śledczy zaangażowanych w tę sprawę.
Zmiana modelu, w którym funkcjonuje powiadamianie ratunkowe, to efekt wieloletnich zabiegów wojewody małopolskiego Jerzego Millera. Również jako minister spraw wewnętrznych (w latach 2009–2011) propagował scentralizowanie punktów, w których odbiera się telefony z wezwaniem o pomoc.
Przegrał konkurencyjny system, w którym telefony miały być odbierane na poziomie powiatu, w komendach Państwowej Straży Pożarnej. Budowę forsowanego przez Millera modelu próbował wyhamować Marek Biernacki, były przewodniczący sejmowej komisji spraw wewnętrznych, dzisiaj minister sprawiedliwości. Pomysł, by telefony odbierali w wojewódzkich centrach słabo przeszkoleni urzędnicy, którym oferuje się pensję w wysokości ok. 1500 zł, krytykował również twórca Rządowego Centrum Bezpieczeństwa Antoni Podolski. – Efekty mogą być tragiczne. Ci ludzie nie będą znali terenu całego województwa, a systemy informatyczne są i jeszcze długo pozostaną zawodne – argumentował.
Więcej: zdrowie.dziennik.pl

Komentarze
Człowiek umiera 3 min.
-bez komentarza zakończę cytatem z kabaretu "TEY" _ PChaaaaaaamy PChaaaaaamy, - gówno z tego mamy.
- to proste, po pierwsze decydenci boją się sytuacji które miały miejsce na południu polski, i dobrze!!!!!
- po drugie,ważniejs ze jet to, że można się pochwalić bublem,który de facto nie działa.
Wszystko funkcjonuje po staremu , tylko informacja nie spływa od strażaka przez " biurko",(natych miast)tylko z województwa dwie minuty później.